Dżem dobry wieczór! Jak widzicie, całkiem lubię sobie żonglować rozmaitymi tematami, więc teraz będzie co nieco o gotowaniu :D A nuż okaże się, że i kogoś z Was zainspirowałam :D
A więc, ogólnie rzecz biorąc, wychowałam się w domu, w którym jakoś nigdy nie panowało jakieś zamiłowanie do gotowania. Mama traktowała je jak przykry obowiązek, innych też to nigdy specjalnie nie pociągało i z tego powodu nikt nawet nie pomyślał, żeby próbować mnie uczyć gotować. I tak sobie wyrastałam, bojąc się panicznie pieca, a jednocześnie dziwiąc się, ale też zazdroszcząc nieco tym wszystkim nastolatkom wokół mnie, którzy już w takim wieku umieli cały obiad zrobić. No dla mnie to było coś nie do pomyślenia. Toteż nic dziwnego, że przed wyjazdem na studia gotowanie było rzeczą, której obawiałam się najbardziej. No dobrze, może nie najbardziej, ale ogólnie ogarnięcie wokół samej siebie wydawało mi się bardziej przerażające od samych studiów.
Obiecałam sobie jednak, że ogarnę to chociaż na tyle, żeby nie być non stop zależna od siostry (dla kontekstu: mieszkam razem z nią w akademiku). Oczywiście, na początku bałam się, bardzo, nawet nie bardzo wierzyłam, że cokolwiek z tego gotowania będzie, patrząc na to, że z domu wyniosłam jedynie umiejętność zagotowania mleka i zrobienia jajecznicy (ale hej, jednak nie byłam aż takim beztalenciem, skoro chociaż to zrobiłam xd).
Dlatego… nie zaczęłam od gotowania. Wiem, brzmi dziwnie, ale chodzi o to, że zaczęłam od potrawy niewymagającej styczności z piecem w celu innym niż podgrzanie czegoś. Czyli zrobiłam tortille z warzywkami. No i szynką. Potem sama zrobiłam coś dość prostego, czyli kuskus z pomidorami i sosem pomidorowym. To było proste o tyle, że i sos, i pomidory były gotowe, trzeba było je tylko razem podgrzać, a kuskus wystarczyło zalać wodą.
I to jakoś tak mnie ośmieliło. Zaczęłam próbować więcej. Oczywiście na początku nie do końca szło (zrobiłam totalnie niedosmażone racuchy i przypaliłam garnek :D), ale przyznam szczerze, że w tym momencie gotowanie całkiem mi się spodobało. I zrozumiałam, że jak czegoś nie umiem, to mogę po prostu w necie poszukać (ileż wpisywałam głupich pytań w przeglądarkę, to nie zliczę :D).
A jakie są moje główne czynniki motywacyjne? Po pierwsze pieniądze. Gotowanie samodzielnie jest tańsze niż jedzenie na mieście czy kupowanie gotowego jedzenia do mikrofalówki. Po drugie zdrowie. Nie oszukujmy się, gotowanie samodzielnie na ogół jest zdrowsze (no chyba że się robi same ewidentnie niezdrowe rzeczy, ale i tak już lepiej zrobić sobie domowego burgera niż zajadać sie tymi z maczka). A po trzecie smak. Gotując sama, mogę na przykład dobrać sama ilość soli czy cukru, nierzadko całkowicie z nich rezygnuję. Przykładowo w internetowych przepisach na apfelmus czy racuchy zawsze wymienia się cukier, a ja obie te rzeczy robię bez jakiegokolwiek dodatku cukru (no do racuchów dodaję cukier wanilinowy, ale nie dodaję jeszcze zwykłego cukru). Okazuje się, że wiele rzeczy bez dodatkowego cukru smakuje po prostu lepiej. Poza tym odkryłam, że warzywa smakują mi dużo lepiej, gdy je odpowiednio przyrządzę, dzięki temu naprawdę je jem, zamiast je omijać. A po czwarte i pewnie najważniejsze, gotowanie daje mi satysfakcję i lubię to robić. Nie odkryłabym tego jednak, gdybym nie była w pewnym sensie zmuszona spróbować. Więc cieszę się, że taka okazja się natrafiła.
Mam nadzieję, że ta moja historyjka pomoże ośmielić się komuś, kto podobnie jak ja kiedyś obawia się gotowania. A może macie inne doświadczenia lub uwagi, którymi chcecie się podzielić? Zapraszam do komentowania!
PS Nie obrażę się również za ciekawe przepisy na szybkie (do godziny) obiady na studencką kieszeń :D
Komentarze
Prześlij komentarz