Przejdź do głównej zawartości

Jak zmotywować się, żeby napisać powieść?

Dżem dobry wieczór! Zapraszam na kolejny post pisarski! Tym razem powiem co nieco o tym, jak zmotywować się do napisania czegoś własnego! Co prawda w tytule posta jest powieść, ale może to być cokolwiek, choć, fakt faktem, będę mówić przede wszystkim o dłuższych pracach.

Jak byłam młodsza, bardzo często wpadałam na nowy, świetny pomysł (albo i nie tak świetny, ale mniejsza z tym), miałam poczucie, że chcę to napisać i… siadałam do pisania, napisałam trochę, max kilka rozdziałów, częściej akapit czy dwa, a potem to rzucałam. Kończyłam tylko one-shoty, a to i nie wszystkie. Znacie ten scenariusz? No właśnie. Mnie się przydarzał nieustannie, ale ostatecznie udało mi się znaleźć sposoby, by temu zapobiec i tak właśnie popełniłam czteroopkową sagę fanfików o Miraculum. A gdy ją porzucałam po 32. rozdziale pierwszej części, to już myślałam, że nie dam rady. Ale dałam! I teraz zamierzam się podzielić moimi tipami.

Po pierwsze, miej plan.

Nie mówię, że musisz mieć od początku zaplanowane absolutnie wszystko – osobiście jestem przeciwniczką bardzo złożonych planów, dużo rzeczy wymyślam już w trakcie pisania. Ale trzeba mieć przynajmniej ogólny plan fabuły.

Jeden z moich głównych grzechów pisarskich polegał na tym, że w tych moich wszystkich świetnych pomysłach miałam tylko jedną scenę, najczęściej pierwszą. A czasem nawet nie scenę, a ogólny zamysł (jak w opku, gdzie Marinette poznaje Adriena przez pisanie do niego listów, to kolejne, z którego napisałam mały fragment i porzuciłam). Z pomysłem na tylko jedną scenę niewiele da się zdziałać, a zmotywować się do napisania czegoś dłuższego? Nie ma mowy. To znaczy, nie mówię, są tacy, co faktycznie od początku na spontanie mogą stworzyć całą historię, ale to mniejszość. Oczywiście takie coś może być interesujące jako wyzwanie pisarskie, ale przyjmujemy brak scenariusza z wyzwaniem.

Co prawda, osobiście uważam, że ogólny zamysł historii rzeczywiście lepiej jest stworzyć spontanicznie. Gdy tworzymy spontanicznie, nie myślimy tak nad tym, co ma być potem, bardziej pracuje podświadomość. Ale gdy już zakończy się proces twórczy podświadomości, warto dojść do głosu tej świadomej części. Przyjrzyj się pomysłowi, poukładaj go i stwórz ogólne ramy – początek, wydarzenia w środku i zakończenie. Plan nie musi być szczegółowy ani nie musi pozostać niezmienny, możesz zupełnie zmienić zakończenie w trakcie pisania, bo czemu nie!

Po drugie, nie przejmuj się swoim poziomem pisarskim. 

Ten punkt brzmi śmiesznie i muszę się z niego wytłumaczyć. No bo jak to pisać powieść, nie umiejąc pisać? To prawda, żeby powieść była w porządku, dobrze by było, żeby autor umiał pisać. Tyle że… Zwykle jedną z przyczyn, dla której wiele osób, które chciałyby pisać, się za to nie bierze, jest ich przekonanie o braku umiejętności, by to zrobić. Tak, ale… nie pisząc, nie nauczysz się pisać. Taka jest prawda. Oczywiście, można ćwiczyć na krótkich formach, ale powieść ma wiele elementów, których nie da się wyćwiczyć na one-shotach. Na przykład dłuższy rozwój bohaterów, szczegółowe planowanie intrygi, utrzymywanie zainteresowania czytelnika… Więc żeby nauczyć się pisać powieści, trzeba je po prostu pisać, tyle. Rzecz w tym, że pierwsza powieść nie musi być perfekcyjna. A co z ludźmi, którzy musieliby czytać początek tej twórczości? No właśnie nawet nie muszą, to znaczy możesz zacząć w ogóle od pisania do szuflady. Aczkolwiek nie polecam tego tak cały czas robić, ponieważ jeśli nikomu nie będziesz pokazywać swoich historii, nauczysz się tylko tak, jak Tobie wydaje się, że powinno być, a takie wrażenie w większości przypadków jest błędne.

Chodzi mi o to, że pierwsza powieść nie musi być ani perfekcyjna, ani wydana, ale warto pokazywać swoje pisarstwo kilku zaufanym osobom (piszę niżej o licznych zaletach bety), ewentualnie wrzucić je na platformę typu Wattpad (chociaż z Wattpadem trzeba uważać, o czym już kiedyś pisałam).

Po trzecie, nie bój się zmian.

Przyznam się, że z tym punktem mam sama problem, głównie w świetle mojego długaśnego fanfika o Miraculum, którego już nie chciało mi się zmieniać i poprawiać. Ale przyjmijmy, że Wy nie jesteście mną, chcącą już skończyć jak najszybciej upierdliwe opko i się od niego odciąć.

Nierzadko okazuje się, że w trakcie pisania coś nie styka i gdzieś uwiera w tył głowy… I często jest tak, że nawet wiemy, co to jest, ale zamiast to zmienić, brniemy w to dalej, bojąc się ingerować w już napisaną treść. Tylko że to prosty sposób do zniechęcenia się i porzucenia historii, która mogłaby wyjść naprawdę fajnie.

Dlatego, gdy występuje jakiś problem, czujecie, że coś trzeba zmienić, warto posłuchać tego głosu! Ale nie zbyt pochopnie. Najpierw polecam odłożyć historię na kilka dni, potem przeczytać, najlepiej od początku, biorąc pod uwagę to, co chcecie zmienić. Jeśli po przeczytaniu nadal uważacie, że zmiana jest konieczna, wprowadźcie ją. Fakt, czasem trzeba będzie dużo przepisać, ale czasem tak po prostu trzeba. Czasem też może się okazać, że poprawki wcale nie są potrzebne, a obecna koncepcja tylko w głowie wydawała się zła.

Po czwarte, znajdź betę.

Ten punkt trochę wiąże się z trzecim, ale nie do końca. Beta to ktoś, kto będzie czytał Waszą historię od samego początku, najlepiej jeszcze przed zakończeniem jej pisania. Posiadanie takiej bety to świetna sprawa, pod warunkiem, że jest to odpowiednia osoba. Powinna przynajmniej w miarę dobrze ogarniać ortografię, interpunkcję i ogólne zasady stylistyczne, aby przede wszystkim od razu wychwycić babole. A poza tym, co najważniejsze, powinna się wykazywać względnym obiektywizmem. Względnym, bo niemożliwy jest pełny obiektywizm u człowieka. Najlepiej też dla historii jest, żeby jej beta lubiła gatunek, który piszecie, ale też nie była jego psychofanką, na zasadzie takiej, że jest tak zakochana w romansach, że jak tylko na kartach książki dwie postacie się całują, to ona się wyłącza i nie powie nic mądrego o tym, czy fabuła w ogóle ma sens.

Bo taka jest właśnie rola bety. Beta ma za zadanie wychwytywać nie tylko błędy techniczne, ale też w szczególności fabularne. Nierzadko jest tak, że sami nie dostrzegamy pewnych głupotek, a dzięki becie można się aż tak nie zapędzić i szybciej wykryć coś, co wymaga poprawy. Poza tym dobrze, żeby beta zwracała uwagę nie tylko na negatywne elementy, ale też na te pozytywne. To beta może dostrzec w jakiejś postaci potencjał na bycie największym idolem czytelników, a także wskazać mocne strony pisarza – na przykład zauważy, że wymiata w dialogach lub czyni piękne opisy uczuć.

Oczywiście przez subiektywizm, od którego żaden człowiek nie jest wolny, nie polecam zupełnie bezkrytycznie przyjmować słów bety, choćby nie wiem, jak ogarnięta była. Niektóre rzeczy mogą się jej na przykład nie podobać, ale z perspektywy pisarskiej są w porządku (np. beta nie lubi postaci typu szalony imprezowicz, ale taki archetyp postaci sam w sobie nie jest zły). Dlatego polecam słuchać bety i pamiętać o jej sugestiach, ale nie obarczać się nimi zbytnio (chyba że wytyka poważną lukę fabularną, to wtedy może się okazać, że jej nieposłuchanie skończy się tragicznie).

Po piąte, ustal cel liczbowy.

Oto punkt, który motywuje mnie najbardziej ze wszystkich, bo mam obsesję na punkcie cyferek i zmniejszania optimów. Żeby faktycznie napisać historię i ją skończyć, warto wyznaczyć sobie liczbę słów, do której się dąży, oraz deadline, przed którym chce się skończyć pisać.

Liczba słów może być trudna do wyczucia, to fakt, ale im więcej napiszecie, tym bardziej to poczujecie. Przykładowo, moje fanfiki do Miraculum, które były opkami akcji, miały około stu tysięcy słów każdy. Natomiast ostatnia część sagi, która była romansem, miała nieco ponad 50 tysięcy słów. W internecie też jest mnóstwo różnych statystyk, którymi można się sugerować.

Deadline powinien być tak wyznaczony, żeby docelowa liczba słów podzielona przez ilość dni do deadline'u dała taką liczbę słów, jaką jesteście w stanie dziennie napisać. Codziennie unosi Was wena i jesteście w stanie wyciągać tysiąc słów dziennie? Możecie sobie pozwolić na wysokie optimum (choć polecam dać je nieco mniejsze niż przeciętna liczba pisanych słów, na wypadek technicznej niemożności pisania, spadku weny itp.). Zwykle macie problem z czasem i napisanie stu słów to cud? Ustalcie niskie optimum, które będziecie w stanie wyrobić.

Takie wyznaczanie optimów pokazuje w miarę jasno cel i pozwala się zmotywować, choćby przez gamifikację osiągnieć pisarskich – moją największą dumą było na przykład zmniejszanie optimów. Dla przykładu możecie zobaczyć moje postępy przy pisaniu końcówki mojej fanfikowej sagi, a także pusty szablon do pobrania, który można dostosować do własnych potrzeb.

Z tym jednak trzeba uważać, bo stwarza pewne ryzyko. Gamifikacja osiągnięć jest dość uzależniająca i jeśli z powodu jakichś okoliczności (zepsuty komputer, kompletny brak weny, gdy tylko gapicie się na pusty ekran itede) nie będziecie w stanie pisać kolejnych rozdziałów, może się pojawić dość przytłaczające poczucie winy. Jeśli jesteście osobami, które zbyt się stresują takimi rzeczami, wtedy odradzałabym taki system. Wtedy polecam jednak utworzyć sobie miejsce, gdzie możecie odhaczać dni, w których piszecie, bo to też motywuje, ale nie jest tak radykalne jak optima.

Poza tym optima te nie są wykute w kamieniu. Jeśli powieść nagle się bardzo rozrośnie, co często się zdarza, nie można bać się zmiany celu – większej ilości słów, ale też późniejszego deadline'u (chyba że nagle Wasze tempo znacznie wzrosło… ale i tak odradzałabym zwiększanie celu słownego bez opóźnienia deadline'u, bo to szybka droga do przepracowania się). Deadline warto też wyznaczyć na późniejszą datę, jeśli przykładowo w historii doszło do dużej zmiany – przykładowo został wycięty lub dodany cały nowy wątek. Deadline ma motywować, ale musi być realny, bo inaczej jedyne, co dostaniecie, to frustrację. A frustracja przy pisaniu to bardzo zła rzecz, bo pisanie ma przede wszystkim dawać radość, a nie frustrować. To znaczy… jeśli znacie te memy pisarskie, to powiem Wam, że są prawdziwe… ale to temat na ostatni punkt.

Po szóste, pamiętaj, że kryzysu nie da się uniknąć.

Tak, dokładnie. Cokolwiek nie będziesz pisać, kryzys i tak Cię znajdzie i złapie. Nawet jeśli powieść, którą piszesz, jest świetnie rozplanowana, jest dziełem Twego życia, tak świetnym, że jeszcze czegoś takiego świat nie widział i kochasz dosłownie każdego bohatera, a historią żyjesz, oddychasz, śni Ci się w nocy… On i tak przyjdzie. Kryzys, kompletny brak weny i chęć rzucenia historii w kąt. A dlaczego przychodzi?

Najczęściej wtedy, gdy początkowa motywacja pisarska mija, bo na początku jedziemy na motywacji biorącej się z tego, że zabieramy się za coś nowego i wspaniałego. Gdy ta początkowa motywacja mija, uświadamiamy sobie, jak dużo jeszcze przed nami. Ile jeszcze trzeba napisać, żeby dostać się do TEJ SCENY, którą pokocha cały świat, żeby wprowadzić TĘ NAJLEPSZĄ POSTAĆ, żeby wyjaśnić NAJCIEKAWSZY PUNKT INTRYGI. Wtedy bardzo łatwo można poczuć się przytłoczonym ogromem tego, co zostało do zrobienia.

Drugim najczęstszym powodem kryzysów, przynajmniej u mnie (nie licząc tych, w których czuję, że w historii coś nie gra, patrz punkt 2, o zmianach), jest zmęczenie materiału. Ten typ kryzysu pojawia się u mnie bliżej końca pisania, tuż przed pisaniem finału, w którym to zwykle wena wraca na podobne poziomy jak na początku, jak nie wyższe. Wtedy najczęściej nachodzą mnie pierwsze myśli w rodzaju „mam dość tej historii”. Chcę jak najszybciej skończyć, ale na myśl o pisaniu coś mnie skręca, bo robiąc kilkumiesięczny maraton pisarski, o zmęczenie nietrudno.

A teraz, jak sobie z tym poradzić? Ano, przede wszystkim mieć świadomość, że kryzys się pojawi, przynajmniej ten typu pierwszego. Co do tego, czy kryzys typu drugiego zawsze następuje, nie mam pewności. Ale nie warto się oszukiwać, że motywacja czy wena, jak wolicie nazywać to uczucie, będzie zawsze obecna. Zawsze w którymś momencie będzie gorzej. A to, że kryzys nadchodzi, to wcale nie jest oznaka tego, że obecną pracę należy rzucić w kąt. Ale też w takich sytuacjach nie radzę zmuszać się do pisania, bo to odniesie efekt odwrotny do zamierzonego.

Najlepszym sposobem jest przerwa. Ale ta przerwa musi być dobrze przeprowadzona, by odniosła skutek. Przede wszystkim polecam ustalić jej ramy czasowe – przedział od tygodnia do miesiąca powinien być w porządku. Umożliwia odpoczynek, a jednocześnie nie pozwala do końca się rozregulować. Poza tym przerwa nie ma polegać na tym, że kompletnie rzucicie historię w kąt. Warto o niej jednak co jakiś czas sobie przypominać. A jak? Ja w czasie przerw robię kilka rzeczy. Po pierwsze, planuję detale następnych rozdziałów. Jak mówiłam, zwykle mam co najwyżej plan ogólny, a planowanie detali to dobry sposób, żeby się na nowo nakręcić do pisania („O, w kolejnym rozdziale będzie jedna z fajniejszych scen? Chcę to napisać!”), plus produktywnie wykorzystany czas, bo może się okazać, że w ten sposób unikniecie zmierzającej ku Was dziury fabularnej.

Drugi sposób to wyobrażanie sobie czy pisanie losowych scenek z bohaterami. Najlepiej, żeby nie były związane z fabułą, a przynajmniej nie fabułą najbliższych rozdziałów. Takie coś ma mnóstwo zalet. Po pierwsze, nie wypadacie z rytmu pisarskiego. Bo teoretycznie można też pisać coś innego, ale nie polecam zabierać się wtedy za nic dłuższego niż one-shoty, żeby nie rozdzielać swojej uwagi na zbyt wiele różnych historii. Ewentualnie możecie pisać bloga, tak jak ja teraz. Po drugie, utrzymujecie w głowie zainteresowanie swoimi bohaterami. Postawienie ich w świeżej sytuacji to świetna metoda na myślenie o nich bez znużenia na myśl o najbliższym rozdziale. Po trzecie, dzięki takim scenkom lepiej się w bohaterów wczuwacie. Po czwarte, mogą się okazać świetne jako inspiracja. Do innej sytuacji w tej historii, do przyszłej sceny, która ma być bardzo daleko (może się okazać, że nawet będzie można wkleić tę scenkę, względnie ją tylko trochę przepisać), a może i do zupełnie innej powieści.

Trzeci sposób, z którego ja korzystam, to rysowanie swoich bohaterów. Fakt, ten sposób nie jest dla każdego (co prawda nie trzeba umieć rysować, by to robić, ale jak się nie lubi rysować, to rysowanie bohaterów tylko podwójnie by zniechęciło). Mnie jednak zobaczenie tych bohaterów wizualnie pozwala przypomnieć sobie moją podjarkę na pisanie i zwykle bardziej chce mi się to robić.

Możesz znaleźć również inne sposoby: szukać ubrań, motywów związanych z bohaterami i spamić nimi na Pintereście, ulepić ich z plasteliny czy co tam Ci przyjdzie do głowy. Chodzi mi o to, by w czasie tej przerwy nadal utrzymywać swoje zainteresowanie historią i przypomnieć sobie, co w niej lubisz.

Po siódme, wiedz, kiedy należy odpuścić.

Czasem może się zdarzyć, że żaden z tych sposobów, które podałam wyżej, po prostu nie będzie działał. Może to oczywiście być oznaka tego, że najlepiej będzie sobie wypracować własne sposoby radzenia z kryzysami. Ale równie dobrze może się okazać, że te sposoby nie działają, bo… zwyczajnie ta powieść nie ma być dokończona.

Jeśli żadne sposoby nie działają, zadaj sobie jedno kluczowe pytanie. Czy naprawdę chcesz napisać tę powieść? Czy naprawdę czujesz gdzieś w środku, że to jest to? Bo może jednak tylko się przekonujesz, że chcesz napisać, ale chęć tak naprawdę dawno uleciała? Czasami tak jest. Coś, co wydawało się wspaniałym pomysłem, ostatecznie nie okazuje się tak świetne, nie jest czymś, co chcemy tworzyć. I wtedy nie ma co się zmuszać. Jeśli na myśl o tej historii nie czujesz już żadnej iskry radości, tylko zniechęcenie, to może być znak, że najlepiej ją porzucić.

Pisanie, chociaż jest trudne, żmudne, czasochłonne i wymaga całego mnóstwa pracy, przez co bardzo często frustruje, w ostatecznym rozrachunku powinno dawać satysfakcję. A jeśli tej satysfakcji nie ma ani trochę, to moim zdaniem nie warto się przemęczać tylko po to, żeby skończyć powieść.

Może to inna historia czeka na to, żeby zostać napisana? Może inna powieść będzie właśnie tą, która ma być dokończona? A być może… nie ma żadnej? Czasem może się okazać, że w ogóle pisanie nie jest tym, co chcemy robić. Że wydawało się fajne na początku, ale w sumie to jednak nie jest takie pasjonujące. I to też jest totalnie w porządku. Ważna była próba, przekonanie się, jak to naprawdę jest coś pisać. A poza tym każde pisanie, nawet niedokończone, czegoś uczy.

Ważne tylko, żeby zadać sobie pytanie: kontynuować czy odpuścić? I odpowiedzieć na nie zgodnie z wewnętrznym uczuciem, które nie kłamie.

Co nieco na koniec

Powyżej przedstawiłam wszystko, co przynajmniej moim zdaniem jest ważne, aby utrzymać motywację do pisania przez całą historię. Jeśli piszecie i moje rady Wam pomogą, koniecznie napiszcie w komentarzach? A może macie swoje własne tipy? Też się nimi podzielcie!

I do następnego!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kim jestem, co tu robię i po co to wszystko?

Prawdę mówiąc, na ostatnie pytanie z tytułu posta nie potrafię odpowiedzieć, dlatego najpierw zaczniemy od dwóch pierwszych.  Jestem Dżem alias Akodone i sobie mieszkam w Internetach, zresztą tak jak większość ludzi w dzisiejszych czasach. Najbardziej znana jestem prawdopodobnie z mojej działalności na Fandomie, gdzie jestem administratorką na Miraculum: Biedronka i Czarny Kot Wiki. Poza tym, jak każdy w dzisiejszych czasach, mam konta na paru social mediach, które znajdziecie na moim Linktree . W tej chwili studiuję matematykę i mam na tyle dużo hobby, że skutecznie uciekam od uczenia się jej. Do owych hobby należą między innymi: dzierganie (na które idzie za dużo moich pieniędzy), czytanie (wszystkiego, w tym książek, mang czy pierdół w necie), gotowanie (to pasja dość nowa i jestem w tej kwestii początkująca, ale bardzo mi się to podoba :D), rozmaite kodowanie (głównie webówka), rysowanie (utrzymuję się na poziomie dość średnim, ale i tak jest lepiej, niż było), oglądanie, g...

Fanfiki jako prosta metoda wejścia w pisanie

Dżem dobry wieczór! Ostatnio było dużo postów o gotowaniu, więc tym razem postanowiłam napisać o czymś innym. Bo to blog o wszystkim, więc mogę. I tak, wiem, że blogi o wszystkim się nie sprzedają za dobrze, a i w sumie nie ma tak być, żeby ten się mega sprzedawał. To ma być bardziej miejsce, gdzie mogę wylać myśli i tak dalej, w nadziei, że ktoś to przeczyta i a nuż się zainspiruje xD Plus mam potężną przerwę od pisania moich opek, a nie chcę tak do końca wyjść z wprawy. Ale do rzeczy, bo nikt nie lubi długich wstępów. Ogólnie rzecz biorąc, chcę pogadać co nieco o fanfikach. Fanfiki, a w sumie to fanfictions, to nic innego jak historie pisane przez fanów. Najczęściej są to fani jakiegoś konkretnego uniwersum albo celebryty. Fanfików można znaleźć na pęczki w internetach, w szczególności na blogach, Wattpadzie, AO3 i fanowskich wiki. I zwykle można znaleźć fanfiki dosłownie o wszystkim, choć łatwiej z pewnością znaleźć milion fanfików o Drarry niż o Michale Wiśniewskim (choć założę się...