Przejdź do głównej zawartości

„Agla. Alef” – czyli orzeł, który poleciał, ale nie wiadomo dokąd

 Post został skopiowany z mojego poprzedniego bloga, Ako w świecie popkultury. Wstawiłam go w niezmienionej formie.


A więc, stało się! Założyłam bloga o popkulturze :D Nie zdziwię się, jeśli będę tu zamieszczać nie tylko recenzje, ale też ogólne przemyślenia co do tworzenia rozmaitych dzieł, ale czas pokaże. Zacznę oczywiście od recenzji, a na pierwszy ogień pójdzie, co ciekawe, nie żadna historia, którą znam na pamięć i o której mogę mówić godzinami, a pierwsza część „Agli” autorstwa Radka Raka, która trafiła do mnie w zasadzie przypadkiem. Przypadkiem, to znaczy otrzymałam ją od szkoły podczas ostatniego zakończenia roku (aż czasem tęsknię za szkołą), a że jest to dość potężne tomiszcze, ponad 600 stron, to wiedziałam, że czytanie trochę mi może zająć, toteż w wakacje zajęłam się innymi książkami. Za „Aglę” zabrałam się dopiero pod koniec września, a jej czytanie zajęło mi… półtora miesiąca. I, mimo wszystko, nie można powiedzieć, że przez studia wcale nie miałam czasu czytać, bo jakbym się uparła, to czas bym znalazła. Sama książka również nie była taka zła, żebym jej nie doczytała. Ale mam z nią problemy. I w tym miejscu ostrzegam, że owe problemy wiążą się ze sporymi spoilerami, dlatego jeśli chcesz „Aglę” przeczytać bez spoilerów, polecam Ci zakończyć czytanie tutaj.

Żeby nie zaczynać od środka, na pierwszy ogień pójdą ogólne wrażenia, czyli wydanie, okładka i opis. Na ogół nie przepadam za książkami w twardej oprawie, jednak mam słabość do wydań Powergraphu (o FNiN też z wielką chęcią się kiedyś rozpiszę!). Okładka jest dość minimalistyczna, ale estetyczna, przyciąga oko. Podobnie jak strony tytułowe rozdziałów, które urzekły mnie swoim pomysłem. Na każdej ilustracji da się znaleźć jakiegoś owada, który to motyw przewija się przez całą historię, natomiast rozdziały również są bardzo ciekawie nazywane, według dosyć oryginalnego schematu: „Rozdział <numer>, w którym…”. Również bardzo podoba mi się wstążka dołączona jako zakładka. Trzeba więc przyznać, że pod względem wydania dosyć się przy tej książce postarano. Postarał się również autor opisu, tak bardzo, że napisał dużo słów o niczym.

Większość opisu znajdziecie na stronie książki w Empiku, jednak zabrakło tam jednego zdania, które znajduje się na tyle samej książki. Jest to zdanie, które powinno znaleźć się po zdaniu o zabójcach i w zasadzie jest jedynym, które mówi cokolwiek o fabule, a brzmi ono: „Podróż w poszukiwaniu zaginionego ojca okaże się dla Sofji pytaniem, czym tak naprawdę jest wolność”. Ponadto, nie wiedzieć czemu, na okładce książka jest określana jako „fantastyczna”, natomiast w opisie online pojawia się słowo „seksowna”. Czy ta zmiana jest uzasadniona, nie jestem pewna, tak szczerze mówiąc. Nie zmienia to faktu, iż bardzo łatwo dostrzec, że opis stanowi raczej pochwały pod adresem autora, aniżeli zapowiedzenie, czym „Agla” jest. Jedynym obiecującym cokolwiek zdaniem jest bowiem to o poszukiwaniu ojca, jednakże, jak zaraz okaże się w recenzji, być może pominięcie go w opisie online wcale nie było takim głupim pomysłem.

Historia zaczyna się od tego, że ojciec Sofji Kluk wyruszył na ekspedycję do Liwonii, zostawiając córkę samą na uczelni, jednak jego nieobecność się tak przedłuża, iż zostaje podjęta decyzja o tym, żeby Sofję wysłać na szkolenie do czarodziejki. A to tylko początek tragedii, które wiążą się z faktem, iż Sofja chce wiedzieć, co stało się z jej ojcem. Początkowo chciałam więcej opowiedzieć o fabule, tyle że moje opowiadanie fabuły zawsze kończy się okropnie i inni robią to lepiej. No i ten post byłby okropnie długi, a coś czuję, że z moich przemyśleń i tak zrobi się długi post.

Jako pierwszą zajmę się kreacją świata, nie fabułą. Widać, że jakiś pomysł na uniwersum tam był – fantasy ze starawym klimatem, czyli klasyk. Co mi się podobało, to nawiązania, takie jak do Krakowa, (w powieści przewijają się Planty, które nawiasem mówiąc, są śliczne, jeśli będziecie w Krakowie, polecam się przejść) albo do Schulza z jego „Ulicą Krokodyli”. Ogólnie bardzo łatwo odnieść wrażenie, że autor jest fanem Schulza, czemu się w zasadzie trudno dziwić, bo Schulz zdecydowanie jest wzorem do naśladowania, a ja muszę sobie odświeżyć jego twórczość. Uniwersum bazuje również w znacznej mierze na tym, jak to w Rosji bywa i bywało… Car, bezpieka i łagry, do których zsyłano wszelkich więźniów politycznych, dalej nie trzeba wymieniać. To wszystko przemieszane z czymś w rodzaju magii, czy tam gnozy (nadal nie jestem pewna, czym to dokładnie jest, tak szczerze), daje obiecującą mieszankę. Problem w tym, że obietnic nie dotrzymuje. W historii otrzymujemy różne dziwy, takie jak gobliny, raki czy smrty (które nie mam pojęcia, czym były, ale odniosłam wrażenie, że czymś w rodzaju koni), tyle że nie ma dokładnego wyjaśnienia, o co z nimi chodzi. Czasami autor rzucił co nieco, zwłaszcza o goblinach i ich życiu-nieżyciu, tyle że z tego nic nie wynikało. Podobnie z magią – zdaje się, że coś tam jest, ale nie doczekałam się szczególnego wyjaśnienia, jak dokładnie działa. A tego spodziewałam się, gdy Sofję wysłano na szkolenie do czarodziejki! Uwielbiam czytać o magii we wszelkiej formie i miałam wielką nadzieję, że zostanie mi tu przedstawiona jakaś nowa, zaskakująca koncepcja, ale nic z tego. Ogólnie najlepiej przedstawieni okazali się w zasadzie kaci i to zapewne z tego powodu zostali wspomniani w opisie.

W wielu opiniach na temat „Agli” ludzie zachwycają się dwiema rzeczami: właśnie uniwersum i stylem. Wielu z nich uwielbia łapać nawiązania i być może dlatego kreacja świata nie zachwyciła mnie aż tak, ponieważ, niestety, jeszcze mam spore braki w klasykach literatury. A jeśli chodzi o styl, cóż, z pewnością był całkiem niezły. Jednak gdy w opisie czytam o peanach pod adresem stylu pisarza, przed oczami stają mi trzy dzieła o stylu niewątpliwie wybitnym: „Chłopi” Reymonta, wcześniej wspomniane „Sklepy cynamonowe” Schulza oraz „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego. Niestety większość książek, która chwali się swoim stylem, nie dałaby rady dostać się do tego kręgu. To znaczy, nie mówię, że styl „Agli” był zły, co to, to nie. Rzeczywiście jeden z lepszych. Ale z pewnością nie powiedziałabym, że było w nim coś nadzwyczajnego, takiego, że rzeczywiście bym go zapamiętała i podała jako przykład stylu wyjątkowego.

I jeśli o styl chodzi, było kilka rzeczy, które mnie irytowały. Pierwszą było nieraz dość długie pomijanie podmiotu zdania. Może to moja fanaberia, ale uważam, że zbyt częste pomijanie podmiotu potrafi wybić z rytmu czytelniczego. Drugą irytującą rzeczą były pewne określenia. Pierwsze to worek z napisem „niebieskowłosa”. No błagam, każdy szanujący się autor wie, że określanie postaci po cechach jej wyglądu, gdy są dostępne inne określenia, takie jak choćby imię, to najgorszy grzech rodem z Wattpada! I nie tylko Ektene padła jego ofiarą, Zahir choćby również była często określana jako „szaroskóra” (co daje mi flashbacki do mojego rysunku, gdzie tak wyszło, że mojej OC, normalnie białej, zrobiłam szarą skórę… xD). No dobra, może są gorsze zbrodnie na literaturze, ale każdy, kto poczytał trochę fanfików na Wattpadzie (lub poza nim, ja czytałam na ML Wiki xD), będzie uczulony na określenia wyglądu. Są zrozumiałe, gdy nieznane jest imię postaci i jest to jedyna cecha, którą można określić postać, jednak w innym przypadku absolutnie nie. Drugim irytującym określeniem były „ciężkie piersi”, których szczęśliwą posiadaczką była Ektene. Nie przewijało się to aż tak często, żebym zdążyła zacząć ciężko wzdychać, jak tylko pojawiało się na stronach książki, ale i tak. To właśnie z kolei dawało mi straszne flashbacki do „twardych mięśni” Jace'a z „Darów Anioła”…

Trzecią irytującą rzeczą było czasem całkiem spore nagromadzenie wulgaryzmów. Żeby nie było, nie jestem z tych osób, dla których wulgaryzmy to zło najgorsze, które trzeba wyplenić, ale jak czytam je w książkach, zawsze odczuwam pewien dysonans, a zwłaszcza gdy bohaterowie używają ich bardziej codziennie niż tylko w chwilach wzburzenia. A poza tym nienawidzę wulgaryzmów w narracji trzecioosobowej. Są jak najbardziej akceptowalne w dialogach oraz w narracji pierwszoosobowej, która de facto jest relacją z ust pewnego bohatera, toteż tu dużo bardziej toleruję. Jednak wulgaryzmy w narracji trzecioosobowej sprawiają, że coś we mnie protestuje. Stąd pojawił się we mnie niesmak przy „ptasich gównach” w narracji, która wcześniej usiłowała dorównać Schulzowi. Może wulgaryzmy w narracji byłyby dla mnie bardziej do zniesienia, gdyby świat od początku miał tam zostać jednoznacznie pokazany jako brudny, brzydki i wulgarny, ale nie, tu jest ten dysonans pomiędzy poetyckością a wulgarnością. No i książka zdaje się być kierowana właśnie do young czy new adult, coś koło tego… Więc co, wulgaryzmy musiały zostać odbębnione, by dzieciaki, dla których „kurwa” w co drugim słowie to szczyt bycia super, nie za szybko znudziły się książką?

I wreszcie, skoro rozprawiłam się ze stylem i kreacją świata, czas na fabułę. Cieszycie się? Bo ja nie jestem pewna. Trudno mi cokolwiek realnie o tej powieści powiedzieć, ponieważ gdy ją czytałam, ciągle miałam poczucie, że nie bardzo wiem, do czego to zmierza. Od początku (i od zdania z opisu dostępnego tylko na papierze) zanosiło się na to, że Sofja będzie czynić wszystko, by znaleźć ojca. I co w tej sprawie robi? Niemal nic, tak naprawdę. Niby czyta raport, słucha, ale przez większość fabuły jest dość bierna w tej sprawie. Zrobiła dwie rzeczy w tej kwestii i to tak naprawdę były dwie jedyne rzeczy, które jakkolwiek popchnęły akcję do przodu. Pierwszą z nich była próba wezwania ojca przez rytuał, w wyniku czego przywołała demona, który zabił Ektene i paru innych ludzi. Później ona i Maja Ułuda zabijają demona, ale pod koniec drugiej części zostaje zasugerowane nam, iż demon przeżył lub jest ich więcej. I z tego wątku nie wiadomo zbyt wiele o tym demonie. Druga rzecz to podanie się za Samaela, oskarżonego o zbrodnie polityczne, aby dostać się do łagru, gdzie byłaby w stanie dowiedzieć się czegoś o ojcu.

I z tą drugą rzeczą mam bardzo, ale to bardzo ogromny problem. A mianowicie, jest to zakończenie powieści i wszystko fajnie, przyznam, że miałam hype na tę końcówkę, bo raz, sprawdzając liczbę stron, przeczytałam ostatnie zdanie, które zdradza nam wyrok na Sofję. I zastanawiałam się, jak do tego dojdzie, jakież to zbrodnie Sofja popełni, ale niestety, przeliczyłam się. Do finału pierwszego tomu „Agli” nie prowadzi w zasadzie nic, nie da się odczuć choćby odrobiny napięcia, poczucia, że to koniec, choćby pierwszej części. I ów finał zdaje się kompletnie przypadkowy. Tymian popełnia zbrodnie polityczne, a Sofja przyznaje się za niego i to wyłącznie dlatego że przypadkiem znalazła się tam, gdzie znalazła się bezpieka, chcąc go aresztować! To nawet nie tak, że planowała to zrobić albo cokolwiek, po prostu się wydarzyło. Oczywiście, pod koniec Sofja już planuje wybrać się do łagru, jednak końcówka w ogóle nie klei się z resztą, nie ma podbudowania pod nią. A ja w powieściach uwielbiam odczuwać napięcie i to spowodowane nie tylko przez fizycznie zmniejszającą się ilość stron do końca. Oczywiście ktoś powie, że to może być wiarygodne, bo w realu wiele rzeczy dzieje się przez przypadek, ale przypominam, że fikcja nie jest rzeczywistością! Fikcja właśnie ma od niej w pewien sposób odbiegać, bo po co powielać istniejącą rzeczywistość?

Więc ogólnie fabuła jest bardzo rozwleczona. Autor nie spieszy się, tylko że trochę źle wykorzystuje ten czas. Miał szansę opowiedzieć bardzo dużo o uniwersum, ale gdzieś to uciekło. Ucieka mi też bardzo dużo rzeczy, takich jak wątek ginących ludzi. Jest prowadzony tak subtelnie, że przez większość czasu zwykle o nim zapominałam. Ale nie da się zapomnieć o romansie. Sofji i Ektene, czyli ducha będącego czymś w rodzaju chowańca magistry Mai Ułudy, czarodziejki, u której Sofja pobierała nauki. Oczywiście romans ten dało się od razu przewidzieć. I szczerze mówiąc, nawet je shippowałam, bo mam taką niedobrą tendencję do shippowania 99% par, które widzę w fikcji. Ale teraz hype mi już trochę opadł. I z tą relacją też mam problemy.

Denerwuje mnie w tym kontekście najbardziej to, że nie wiem, ile lat ma Sofja. W pierwszym odruchu dałam jej koło dwudziestu, bo taka super niezależna, poza tym pije, ćpie (opium pali, bo ją okres boli, biedaczka…) i chętnie z Ektene sypia. Potem dowiedziałam się, iż jest za młoda na bycie studentką, toteż obniżyłam poprzeczkę, ale chcę wierzyć, że bliżej jej do lat osiemnastu niż piętnastu i niżej. Wspominam o tym właśnie przez punkt o chętnym sypianiu z Ektene. Ich relacja tak naprawdę emocjonalnie mało się rozwija, przypomina mi trochę sztampowy romans z taką miłością totalnie od pierwszego wejrzenia, gdzie postacie się w sobie kochają, bo tak. Ważniejszy zdaje się moment, kiedy wreszcie padną sobie w objęcia i pójdą do łóżka. Nie przeczę, same opisy scen nie były najgorsze, aczkolwiek i tak trochę no… Zwłaszcza że jak teraz sobie o tym myślę, to Sofja nie miała wcześniej żadnych doświadczeń seksualnych, a powieść nie sugeruje, jakoby wcześniej zdobyła wprawę w zadowalaniu choćby samej siebie. Więc w jaki sposób tak od razu udało się jej z Ektene? Nie wiem, czy jestem w stanie w to uwierzyć. Zadowolić kobietę jest trudniej niż mężczyznę, trzeba się wyuczyć, jaki dotyk sprawia jej przyjemność, a Sofja wiedziała to od razu, plus, nawet nie mogła podpatrywać, jak robi to Ektene, bo przecież Ektene Sofję zadowalała później. A wątpię, że w tym Tybil mieli porządną edukację seksualną. No cóż… Ale to przywara większości powieści ze scenami tego typu, że etap niezręczności, wzajemnego poznawania się partnerów i dowiadywania się, co drugiemu pasuje, a także samego uczenia się techniki po prostu nie istnieje i kochankowie od razu stają się dla siebie bogami. I zawsze, ale to zawsze dochodzą.

Charakter relacji z Ektene był koleżeńsko-fizyczny i z tego powodu przez większość powieści dużo bardziej miałam nadzieję na coś z Harunem, bo między nim i Sofją można było doskonale dostrzec napięcie emocjonalne. Ba, ona przecież już wcześniej zdawała sobie sprawę z jego uczuć, nawet trochę o nim fantazjowała! A gdy już miało się coś zadziać, skończyło się na krótkim pocałunku, po którym Sofji, która przypomniała sobie Ektene, już się odechciało. Ale z drugiej strony może to i dobrze. Nie dało to autorowi okazji do zniszczenia relacji przyjacielskiej tych dwojga i zastąpienia tego tylko szaleńczą miłością. A jak już o Harunie wspomniałam, to od początku można było przewidzieć, że to on, według słów Fatmy, pozostanie przy Sofji jako przyjaciel i to Chiara się od niej odwróci. A szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że autor mnie w tej kwestii zaskoczy i Chiara będzie tą, która zostanie.

Jeśli o bohaterów ogólnie chodzi, moimi ulubionymi są Harun, Kir Bojan i Naama Ponurakowa, wydali mi się ogólnie najciekawsi. A jak o Haruna chodzi, coś z tym wspólnego może mieć fakt, iż mam słabość do istotnych męskich postaci, no przepraszam. A założę się, że gdyby postać z takimi samymi cechami okazała się kobietą, to wtedy już mniej by mi przypadła do gustu. Ale to już kwestia mojej, niestety, zinternalizowanej mizoginii, z którą próbuję walczyć, ale wychodzi średnio.

A poza tym… Cóż, nie było najgorzej, ale historia mogła zostać mniej rozwleczona. W tym momencie zdaje się bardzo długim wstępem do tego, co ma być w drugiej części. A jeśli o ową drugą część chodzi, to nie wiem, czy ją przeczytam. Z pewnością nie wypożyczę z biblioteki, patrząc na to, że „Aurora” jest nie mniejszą cegłą (ma prawie 800 stron!), której czytanie zajmie mi na pewno wieki, ale też nie chcę wydać na nią własnych pieniędzy. Aczkolwiek oceny na Lubimyczytać są dość wysokie. Choć może to wynikać z dwóch faktów: po pierwsze, została wydana równo miesiąc temu, po drugie, wątpię, że osoby, którym nie spodobał się „Alef”, sięgną po „Aurorę”.

Reasumując, pierwszy tom „Agli” Radka Raka nie jest powieścią szczególnie złą. Łatwo jednak odnieść wrażenie, że jest tu za dużo losowych idei, za mało konkretów, przez co wcale nie dziwię się twórcy opisu, iż jest on tak zupełnie o niczym. Bo i w książce zbyt wiele realnej fabuły nie ma. Jest za to ładne opakowanie i mądry tytuł, który, jak wyguglałam, oznacza orła, któryż to jest symbolem wolności. A może to autor chce być orłem i pokazać swoją bystrość, dając mnóstwo nawiązań do dzieł wszelakich i mądre, zagraniczne tytuły (bo angielskie tytuły polskich powieści są passé, ale prowansalskie już super)? Z powodu tychże problemów nie wciągnęłam się specjalnie w tę historię i męczyłam ją tak długo. I stąd tytuł posta – powieść wznosi się, ale nie wiadomo, dokąd. Drugą część być może kiedyś przeczytam, ale bynajmniej nie ciągnie mnie do niej specjalnie.

Całości daję 5/10 i przypominam, że stosuję pełną skalę od 1 do 10. Znaczy to ni mniej, ni więcej, że nie odradzam tak zupełnie czytania, ale nie jest to książka, która zrobiła na mnie szczególne wrażenie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak zmotywować się, żeby napisać powieść?

Dżem dobry wieczór! Zapraszam na kolejny post pisarski! Tym razem powiem co nieco o tym, jak zmotywować się do napisania czegoś własnego! Co prawda w tytule posta jest powieść, ale może to być cokolwiek, choć, fakt faktem, będę mówić przede wszystkim o dłuższych pracach. Jak byłam młodsza, bardzo często wpadałam na nowy, świetny pomysł (albo i nie tak świetny, ale mniejsza z tym), miałam poczucie, że chcę to napisać i… siadałam do pisania, napisałam trochę, max kilka rozdziałów, częściej akapit czy dwa, a potem to rzucałam. Kończyłam tylko one-shoty, a to i nie wszystkie. Znacie ten scenariusz? No właśnie. Mnie się przydarzał nieustannie, ale ostatecznie udało mi się znaleźć sposoby, by temu zapobiec i tak właśnie popełniłam czteroopkową sagę fanfików o Miraculum. A gdy ją porzucałam po 32. rozdziale pierwszej części, to już myślałam, że nie dam rady. Ale dałam! I teraz zamierzam się podzielić moimi tipami. Po pierwsze, miej plan. Nie mówię, że musisz mieć od początku zaplanowane absol...

Kim jestem, co tu robię i po co to wszystko?

Prawdę mówiąc, na ostatnie pytanie z tytułu posta nie potrafię odpowiedzieć, dlatego najpierw zaczniemy od dwóch pierwszych.  Jestem Dżem alias Akodone i sobie mieszkam w Internetach, zresztą tak jak większość ludzi w dzisiejszych czasach. Najbardziej znana jestem prawdopodobnie z mojej działalności na Fandomie, gdzie jestem administratorką na Miraculum: Biedronka i Czarny Kot Wiki. Poza tym, jak każdy w dzisiejszych czasach, mam konta na paru social mediach, które znajdziecie na moim Linktree . W tej chwili studiuję matematykę i mam na tyle dużo hobby, że skutecznie uciekam od uczenia się jej. Do owych hobby należą między innymi: dzierganie (na które idzie za dużo moich pieniędzy), czytanie (wszystkiego, w tym książek, mang czy pierdół w necie), gotowanie (to pasja dość nowa i jestem w tej kwestii początkująca, ale bardzo mi się to podoba :D), rozmaite kodowanie (głównie webówka), rysowanie (utrzymuję się na poziomie dość średnim, ale i tak jest lepiej, niż było), oglądanie, g...

Fanfiki jako prosta metoda wejścia w pisanie

Dżem dobry wieczór! Ostatnio było dużo postów o gotowaniu, więc tym razem postanowiłam napisać o czymś innym. Bo to blog o wszystkim, więc mogę. I tak, wiem, że blogi o wszystkim się nie sprzedają za dobrze, a i w sumie nie ma tak być, żeby ten się mega sprzedawał. To ma być bardziej miejsce, gdzie mogę wylać myśli i tak dalej, w nadziei, że ktoś to przeczyta i a nuż się zainspiruje xD Plus mam potężną przerwę od pisania moich opek, a nie chcę tak do końca wyjść z wprawy. Ale do rzeczy, bo nikt nie lubi długich wstępów. Ogólnie rzecz biorąc, chcę pogadać co nieco o fanfikach. Fanfiki, a w sumie to fanfictions, to nic innego jak historie pisane przez fanów. Najczęściej są to fani jakiegoś konkretnego uniwersum albo celebryty. Fanfików można znaleźć na pęczki w internetach, w szczególności na blogach, Wattpadzie, AO3 i fanowskich wiki. I zwykle można znaleźć fanfiki dosłownie o wszystkim, choć łatwiej z pewnością znaleźć milion fanfików o Drarry niż o Michale Wiśniewskim (choć założę się...